Ken Robinson na pierwszy dzień szkoły

Ken Robinson na pierwszy dzień szkoły

Pracuję w edukacji przez całą swoją karierę zawodową. Po drodze przeprowadziłem niezliczoną ilość rozmów z rodzicami na temat szkoły. Sam jestem rodzicem i wiem z doświadczenia, że ta rola wiąże się jednocześnie z wyzwaniem i przyjemnością. Staje się trudniejsza, kiedy dzieci zaczynają chodzić do szkoły. Do tego momentu to my byliśmy w największym stopniu odpowiedzialni za ich rozwój i dobrostan. Teraz możemy powierzyć znaczny fragment aktywnej części ich dnia innym ludziom, tym samym umożliwiając im olbrzymi wpływ na życie naszych dzieci w kluczowym okresie ich rozwoju.

 

Widok dzieci, które po raz pierwszy wybierają się do szkoły, wyzwala w nas różne emocje. Mamy nadzieję, że nauka będzie je pasjonować, że będą zawierać dobre przyjaźnie, a w szkole będą szczęśliwe i zainspirowane. Zapewne jednocześnie odczuwamy spory niepokój. Szkoła to nowe relacje. Jak nasze dzieci zareagują na nauczycieli? Czy w szkole zostaną dostrzeżone ich szczególne uzdolnienia? A co z innymi rodzicami i dziećmi? Czy nasze dziecko pokona nowe społeczne przeszkody, czy się o nie potknie? Nic dziwnego, że kiedy nasze dziecko idzie po raz pierwszy do szkoły, czujemy gulę w gardle. Myślimy, że już nic nie będzie wyglądało tak jak kiedyś. I mamy rację.

 

Dzieciństwo nie jest próbą generalną.

Nasze dzieci przeżywają swoje życie tu i teraz.

 

Emma Robinson (nie łączy nas żadne pokrewieństwo) pracuje jako nauczycielka w Anglii. Sama jest rodzicem i wie, jak człowiek się czuje, kiedy zostawia dziecko pierwszego dnia w szkole. Napisała wiersz zatytułowany Drodzy nauczyciele, który od tamtej pory przeczytały tysiące rodziców. Poniżej zamieszczam fragment:

 

Wiem, że pierwszego dnia szkoły

Wir pracy was wszystkich pochłania,

Lecz dziś, wśród nowych maluchów

Syneczek mój wam się kłania.

 

Nie wątpię w wasze talenty

I wierzę, że uczyć umiecie,

Ale on jest taki maleńki –

Od czterech latek na świecie.

 

Rano, w mundurku przed lustrem

Większy się zdawał i śmielszy,

Lecz teraz, przed szkoły gmachem

Boję się, że jest najmniejszy.

 

A przecież całkiem niedawno

W objęciach go mocno tuliłam.

Był moją pracą, kochaniem,

Przed krzywdą każdą chroniłam.

 

Całuję go po raz ostatni

I patrzę jak znika za progiem

rozdział pierwszy Zorientujsię w sytuacji

Wiem, że musimy się rozstać

A wy wskażecie mu drogę.*

E. Robinson zamieściła ten wiersz na swoim blogu Motherhood for Slackers (Macierzyństwo dla leniwych) i udostępniła na Facebooku. Tłum. Marceli Szpak.

 

Wszyscy rodzice martwią się, kiedy przekazują swoje dzieci w obce ręce, ale w naszych czasach szkoła jeszcze bardziej zaprząta ich myśli. Wiele osób irytuje to, co dzieje się w edukacji. Niepokoją się, że w szkole jest zbyt wiele testów i stresu. Mają poczucie, że zawężono program nauczania z przedmiotów artystycznych, sportowych i aktywności na świeżym powietrzu. Martwią się, że ich dzieci nie są traktowane indywidualnie, a nauczyciele nie potrafią rozwijać ich zainteresowań, kreatywności i talentów. Bywają zatroskani tym, że u tak wielu dzieci diagnozuje się problemy z nauką i podaje im się leki, żeby mogły się skupić. Niepokoją się, że ktoś może się znęcać nad ich dziećmi. Jeśli mają dzieci w szkole średniej, trapią ich rosnące koszty nauki na uczelniach wyższych oraz to, czy ich pociechy dostaną potem pracę, niezależnie od tego, czy podejmą studia, czy też nie. Mało tego, często czują się tak bezsilni w roli rodziców, że nie są w stanie nic z tym wszystkim zrobić.

 

Ken Robinson w Polsce

 

Złość i lęk

Ostatnio zapytałem ludzi na Twitterze i Facebooku, co najbardziej spędza im sen z powiek, jeśli chodzi o edukację ich dzieci. Nie minęła godzina, a w postach pojawiły się setki odpowiedzi od ludzi z całego świata. Bec, młoda matka ze Stanów Zjednoczonych, zapewne wypowiadając się w imieniu wielu osób, napisała, że „silne strony nie są doceniane, a słabości są wyolbrzymiane. Oceny są ważniejsze niż poczucie własnej wartości”. Kimmie zadała pytanie: „Czy moje dzieci odkryją swoje autentyczne zdolności i czy ktoś pokieruje nimi tak, żeby zdobyły zawód, który będzie ich pasją, który będą kochać?”. Conchita napisała: „Martwię się wszystkim, co dotyczy moich córek. Mam poczucie, że obecny system edukacji nie pozwoli im zabłysnąć, a moja dziesięciolatka może nie dostać tego, czego potrzebuje, by pokonać swoje trudności w nauce i lęki”.

 

Jon niepokoi się, że dzieci „stopniowo uczy się, by nie czerpały radości z nauki – to chyba taki żmudny rytuał inicjacji, przez który wszyscy jesteśmy zmuszeni przejść bez żadnego konkretnego uzasadnienia. Toczymy nieustanną walkę, żeby podtrzymać tę iskierkę ciekawości i przyjemności z nauki, podczas gdy system pakuje ją taśmowo i narzuca standardy obowiązujące w edukacji”. Karin napisała: „Szkolnictwo działa źle. Zbyt duża presja, zbyt wiele testów, za dużo wymagań, za dużo taśmowej produkcji. Jak je przeprogramować? Jak mamy przygotować nasze dzieci do skrajnie odmiennego życia niż to, do którego przygotowuje je obecny system szkolnictwa?”.

 

Carol była zaniepokojona tym, że „stosowanie jednej miary dla wszystkich, wymyślone przez pojedyncze osoby, które nie mają prawa dyktować, jak ma wyglądać polityka oświatowa, powoduje, że absolwenci nie potrafią samodzielnie myśleć i panicznie boją się porażki”. Największą troską kolejnej matki było to, czy w szkołach „uczy się dzieci, jak w kreatywny sposób rozwiązywać problemy. Testy nie uczą wszechstronnego myślenia”. Tracey wskazuje na poważne zmartwienie wielu rodziców: „Najbardziej martwi mnie to, że politycy najwyraźniej nie przywiązują zbyt dużej wagi do głosu rodziców. Ich opinie traktowane są w najlepszym wypadku z lekceważeniem, a osoby, które podejmują decyzje dotyczące naszych dzieci, nie mają bladego pojęcia o tym, co dzieje się w szkolnych klasach”. Wszystkie te obawy są uzasadnione, a jeśli sami je podzielamy, to mamy prawo się martwić.

 

Edukację postrzega się czasami w kategoriach przygotowania do tego, co wydarzy się później, kiedy nasze dziecko już ukończy szkołę, czyli do zdobycia dobrej pracy albo kontynuowania nauki na studiach. Pod pewnymi względami to prawda, ale dzieciństwo nie jest przecież próbą generalną. Nasze dzieci przeżywają swoje życie tu i teraz, ze wszystkimi emocjami, myślami i relacjami, zatem edukacja musi angażować je tu i teraz, podobnie jak robimy to my jako rodzice. Doświadczenia, jakie nasze dzieci obecnie zbierają, mają kluczowy wpływ na to, kim zostaną i czym będą się zajmować w przyszłości. Jeśli będą one mieć ograniczone możliwości edukacji, być może nie odkryją talentów i zainteresowań, które mogłyby ubogacić ich obecne życie i stać się inspiracją na przyszłość.

Ken Robinson Ty Twoje dziecko i szkołaPowyższy tekst pochodzi z książki Kena Robinsona Ty, Twoje dziecko i szkoła

 

w kategorii: blog
Powrót